Jesteś tutaj:

Wernisaż wystawy Laury Makabresku

Data: 10.10.2023 r., godz. 13.14    656
"Światła najmniejsze" najnowsza wystawa Laury Makabresku w Radzyminie

Wernisaż wystawy Laury Makabresku


Kilka dni temu w Galerii Piwniczka odbył się wernisaż wystawy „Światła najmniejsze” Laury Makabresku. Dziękujemy wszystkim obecnym tak licznie zgromadzonym na tym wydarzeniu.


Laura Makabresku to pseudonim artystyczny Kamili Kansy urodzonej w 1987 roku w Brzesku, artystki wizualnej, fotografki tworzącej i mieszkającej w małopolskiej wsi. Studiowała filologię polską na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Debiutowała w 2012 roku wystawą w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie. Od tego czasu swoje prace prezentowała w kraju i za granicą. Jest laureatką Nagrody „Arteonu” za rok 2018, Ogólnopolskiego Konkursu Sztuki Sakralnej OKSSa w 2021 roku, oraz European Art Contest organizowanego przez FAFCE w 2023 roku.


Laura Makabresku tworzy niezwykle nastrojowe, pełne symboliki i głębi zdjęcia, a właściwie obrazy często nawiązujące formą i treścią do malarstwa, rysunku czy ilustracji.  Wykreowane, baśniowe kadry bliskie sacrum jednocześnie zachwycają i wprowadzają widza w niepokój, nigdy nie zostawiając go obojętnym. Laura Makabresku w swoich pracach ukazuje człowieka w relacji z naturą, przyrodą i zwierzętami, podkreślając ich wzajemną łączność, nierozerwalność i szacunek. W tych surowych, prostych, minimalistycznych pejzażach stanowiących nieustanną opowieść o życiu ujrzymy jednocześnie i światło i mrok, które zostają ze sobą w nierozerwalnej relacji. Światło, które mimo wszystko wydobywa się z mroku i jest rodzajem zwycięstwa.    


Wystawa trwa do 5 listopada, można ją oglądać od wtorku do niedzieli w godzinach 13.00 -19.00.


Galeria Piwniczka, ul. 11 Listopada 4, Radzymin   


Kuratorka wystawy: Magdalena Karłowicz


Zdjęcia autorstwa: MOKAJA _ photography


 


 


Odkąd tu zamieszkaliśmy, światło nie daje mi spokoju


 


A więc to już naprawdę jesień. Budzisz mnie czule ze snu. Nad ranem coraz częściej pojawiają się mgły. Ubieram się prędko, do plecaka pośpiesznie chowam aparat i klisze. Żegnamy się pocałunkiem i błogosławieństwem złożonym łagodnie na czole. Zaspana wyruszam w podróż po okolicznych wioskach. Najpierw miedzą, ku wielkiej starej jabłoni. Panuje tu jeszcze półmrok, do lotu zrywa się zaspany bażant. Mijani po drodze dobrzy sąsiedzi krzątają się po obejściu wokół kur i kaczek. W oddali rozpoznaję znajomy głos Rózi. Przecieram załzawione oczy. Światło we mgle rani mnie najboleśniej. Wschód słońca.


Odkąd tu zamieszkaliśmy, światło nie daje mi spokoju. Światło jest mieszkańcem naszego Domu, który nieustannie próbuje wchodzić ze mną w rozmowę, w ukryty, milczący dialog rozpoczynający się w kuchni przy stole, za kilka chwil wędrujący już dalej — po krawędziach przedmiotów i złocistych ikonach na ścianie, potem wolniej pomiędzy firankami w salonie, pośród migotliwych pyłków tańczących z ciszą w powietrzu, wreszcie spoczywający na bieli krochmalonego obrusu, na płatkach kwiatów złożonych w wazonie. Jak głęboko rani mnie jego obecność i jak bardzo jej wyczekuję. Czasem stoję tak długo, w zupełnym bezruchu, albo siadam na małym taborecie i patrzę, i czuję, że rośnie we mnie jak drzewo potęga zachwytu, a drzewo to płonie i rozrasta się zielonymi gałązkami w krwiobieg, tłocząc najsłodsze wino i pieśni ptaków, i drżenie liści, żar słońca i dobroczynny chłód rosy i nieba. A potem zachwyt łagodnie przechodzi w noc, która zastaje mnie już całkiem maleńką, wypełnioną po brzegi płomieniem, spragnioną by ktoś ten płomień objął swoją dłonią i pozwolił mu już zawsze tak trwać — w spokojnym zapatrzeniu i przenikającej zewsząd miłości.


 


Odkąd tu zamieszkaliśmy, miłość nie daje nam spokoju.


W miejscu, które osłoniła swym cieniem, trwamy, wpatrzeni jak z czułości świeci ku nam cicho.


 


*


 


Z coraz częstszego zagłębiania się w tych wspomnieniach cienistych, bierze się u mnie chyba skłonność, którą obecnie odkrywam, do nieustannego zwracania się w motywach podejmowanych w fotografii ku zmierzchom i nocom, rozświetlonym jedynie blaskiem księżyca, wiosennymi łąkami gwiazd, małym światełkiem dobiegającym z okna krzywej chatki wyłaniającej się gdzieś na skraju lasu, czy płomykami ognia rozpalonych w oddali krzewów albo zimowych ognisk.


 


Nie są to zatem noce rozpaczliwe, dławiące, bezdenne, ani tym bardziej spowinowacone z ciemnościami piekielnymi, ale w jakimś stopniu może biorące swój początek z nocy bardziej pierwotnej, pełnej zalążków poezji i oczekiwania, gdy ziemia była jeszcze pustkowiem a Duch Boży unosił się w milczeniu nad wodami zamierzając wypowiedzieć Światło, pierworodną Jutrzenkę, która udziela odtąd światła każdemu porankowi, wznoszącym się ku niebu płomieniom, spojrzeniom nowonarodzonych dzieci i oczom zakochanych, modlitwom zgnębionych dusz, a także umierającym w samotności, którzy wyruszają w drogę po spowitej mrokiem ścieżynie ostatniego oddechu.


 


Światło to mogłoby wypełnić ciemności po brzegi, rozkoszując się pełnią swojego rozkwitu, zawsze jednak zostawia tyle akurat miejsca, by starczyło na przymknięcie powiek, na cienie, dające ochłodę po ciężkiej i męczącej pracy, albo na kryjówki dla myszy, jaskółek i każdej innej morskiej, ziemnej i podniebnej drobiny. Ale może też światło tylko troszeczkę rozsunąć ciemność na boki, o tyle jedynie, by zrobić miejsca dla maleńkiego płomyka świecy, który wniesie do duszy nadzieję, albo dla ziarenka wiary, która nie potrzebuje dużo, by rosnąć i wydać owoce, albo dla iskrzącej miłości dwojga, która wyczerpana uniesieniem, okryje się później nocą jak kołdrą i zaśnie głęboko, zaśnie spełniona.


 


Właśnie tak światło przemawia do mnie najmocniej — będąc jakby troszeczkę tylko. Goszcząc cicho i skromnie pośród głębokich ciemności, i gdy rozświetla je łagodnie i intymnie, zupełnie jakby zapraszało do podejścia bliżej, ogrzania rąk i głębszego zamyślenia, tak że nawet ciemność zdziwiona własnym zachowaniem, ostrożna i skupiona, wydobyta czułością z dna samotności, nagle pochyla się ku temu światłu całym swoim ciałem i wyciągnąwszy obie dłonie trwa bez ruchu, jakby odtąd zamiast pochłaniać lub gasić, zamierzała to światło bezbronne i najcichsze już przez wieki osłaniać sobą i strzec.


 


Albo ciemność łona, rozświetlona naraz złocistym uśmiechem dziecięcej duszy, która niedługo ma się narodzić, czy i ona nie zadrży ze wzruszenia i nie otuli szczelniej, jak pierwsza kołyska? Albo ciemność zamkniętego kwiatu dotknięta nagle poranną kroplą rosy, która niesie w sobie widok wschodzącego słońca, czyż poruszona nie rozchyli na jakiś czas jego płatków, uwalniając piękno zapachu? Przyglądam się ciemności, przyglądam jej dobrym zwyczajom. A może są to zwyczaje całkiem naturalne, właściwe jej pierwotnej naturze i przeznaczeniu.


Powtarzam sobie: nie bój, nie bój się ciemności, bo i wiara ciemnością jest, a jednak dobrą przecież, bo za rękę pełną światła ciepłego, z matczyną troską prowadzi cię przez życie.


 


Niekiedy, podczas takich rozmyślań, rozpoczętych przy plamce światła drżącej na blacie kuchennego stołu, z świetlistymi kruszynami chleba ukrytymi w ciemności zamkniętej dłoni, zdaje mi się jeszcze, że niosąc w sobie żar Bożej miłości, świadomi tego lub nie, przemierzamy wyznaczone drogi pośród dni i nocy tego świata, w rozbłyskach i ciemnościach wiary, które z czasem okażą się obrazem i częścią jeszcze głębszej i rozleglejszej ciemności, obejmującej wszystkie inne: ciemności Bożego łona, skrywającego całe nasze ludzkie życie pod cienką tkanką tajemnicy, które oddech po oddechu, gest po geście, słowo po słowie kształtuje nas cierpliwie ku narodzinom do Pełni Poranka.


Laura Makabresku